SZUKAJ W BLOGU

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Św. Franciszek

Był taki moment, że się jakoś mocniej pojawił w moim życiu. Nie tylko ze względu na jego miłość do zwierząt, roślin, gwiazd i wszystkiego dokoła, jako tego, co stworzył Bóg... ach ten hymn, zawsze budził mój zachwyt... Kwiatki św. Franciszka też czytałam dość wcześnie. W dorosłym jednak życiu patron ten wcale nie jest taki łatwy, bo jak na przykład żyjąc w dzisiejszym świecie przyjąć dobrowolnie ubóstwo?

A jednak uciekam się do niego, szczególnie wtedy kiedy wiem, że odpowiedzi nie będą proste, ale za to pomagające ŻYĆ.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieje tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje zmrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw, abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;
Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.
— św. Franciszek z Asyżu
Ta modlitwa pozwala przywrócić odpowiednie proporcje, wrócić na drogę właściwą. Przywołanie tych słów sprawia, że przestaję mieć wątpliwości, że wiem co mam robić. Przywraca pokorę życiu i miłość.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Edyta Stein wraca do mnie

Koniec lipca minął mi na doprowadzeniu wielu spraw przed urlopem do takiego stanu, żeby nie wymagały interwencji w jego trakcie. Pierwsze dni sierpnia szykowałam się do DROGI, a potem wyruszyłam jak w ubiegłym roku. Zawsze przed wyjściem pojawia się lęk, że może tym razem się nie uda, że ból będzie zbyt duży, że zdrowie nie pozwoli... i trzeba będzie wracać do domu. Za każdym razem dopiero tuż przed wyjściem łapię oddech i mimo lęków oddaję całą Drogę Bogu. To On dodaje sił, to On prowadzi i nagle pojawia się pokój — bo na pielgrzymce o nic nie muszę się martwić, to On idzie przy mnie i dba o mnie, nic nikomu nie muszę udowadniać. Za każdym razem to doświadczenie jest inne, inne dolegliwości się pojawiają (nie ma sposobu, żeby się przed nimi zabezpieczyć), ale też za każdym razem Bóg zaskakuje swoją Miłością. Nie da się tego opisać, nie ma sensu, bo to są bardzo intymne zdarzenia między Nim a każdym z pielgrzymów i dla kogoś z boku mogą nic nie znaczyć, albo być zwyczajnie śmieszne.

Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna rusza z Warszawy szlakiem krwi — tu w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego Niemcy dokonywali masowego mordu... Świadomość, że idzie się właśnie tymi naznaczonymi okrutną historią ulicami wbija się w mózg i serce. W tym roku jakoś wyjątkowo mocno, może dlatego, że Ukraina tak niedaleko... Szłam ze ściśniętym gardłem, myśląc o tym, że już za parę dni będę szła z bólem nóg i kręgosłupa, ale to przecież nic, ten mój ból taki mały i taki śmieszny się wydał...

Tuż przed wyjściem na pielgrzymkę dostałam tekst Edyty Stein:
Jeżeli zdołasz zachować spokój,
chociażby wszyscy już go stracili, [...]
jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy [...] zwątpili, [...]

jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia;
jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami;
i nie odpłacasz nienawiścią za nienawiść, [...]

jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę,
traktując je spokojnie — bez pychy i bez załamania; [...]

kiedy spokojnie przyjmiesz ruinę tego,
co było treścią twego życia,
i pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;
jeżeli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy
i zaryzykować;
jeżeli potrafisz przegrać i zacząć wszystko od początku,
nie żaląc się, że przegrałeś;
jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości
i spacerować z królem bez pozy i uniżoności;
jeżeli nie mogą cię zranić wrogowie ani serdeczni przyjaciele; [...]

jeżeli potrafisz korzystać z każdej minuty,
nadając wartość każdej przemijającej chwili —
Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej
Edyta Stein, patronka Europy, zginęła w Auschwitz.

sobota, 21 czerwca 2014

bo chcę mieć wpływ na miejsce, w którym żyję...

...czyli o budżecie partycypacyjnym i nie tylko.

Nie jestem społecznikiem. Nie mam żadnego zacięcia politycznego. Nie jestem działaczką. Nie jestem pewna swojego patriotyzmu, bo to bardzo doniosłe słowo. 

Bliższy wydaje mi się patriotyzm lokalny, ale i tu mam pewien zgryz. Pochodzę z niedużej miejscowości x pod bardzo dużym miastem Y i jak słyszę, że ktoś też jest z x, to zaraz nawiązujemy nić porozumienia. Tylko od lat już ponad 10 związana jestem z Y, tu mieszkam, pracuję, znalazłam miejsca, które w Y lubię, ale nadal to nie jest „moje miejsce”, jeśli wiesz o czym mówię drogi czytelniku... Ciągle miejsce mojego dzieciństwa jest tym, z którym czuję się zrośnięta, w którym każdą ingerencję odczuwam jak ingerencję na swoim ciele...

Jednak miejsce, gdzie mieszkam nie jest mi obojętne. Podnoszę śmieci rozrzucone przez mieszkańców osiedla, zgłaszam administracji urwane klamki, nieodśnieżone wejście do klatki czy śliską podłogę w śmietniku, ale te rne propozycje usprawnień. Biegam na zebrania wspólnoty mieszkaniowej.

Wszystko po to, żeby mieć jakiś wpływ na to gdzie mieszkam, ale przede wszystkim, żeby nie narzekać. Nie znoszę narzekania, że źle, że nie tak, że pieniądze wyrzucone w błoto, że nikt nie myśli o bezpieczeństwie, że badziewie, że za drogo, że za tanio, że po znajomości... 

Własne narzekanie zabija mnie od środka. Na swoje i cudze narzekanie mam przygotowaną odpowiedź, która hamuje ten potok: „Co zrobiłeś/aś, żeby tak nie było?”. Działa jak kubeł zimnej wody, motywująco. Weź się w garść! Nie masz prawa narzekać, jeśli sam nie robisz nic, żeby zmienić to, co Ci nie odpowiada. Nie krytykuj rządzących, jeśli nie idziesz na wybory. Nie mów, że inni śmiecą, jeśli sam nie segregujesz starannie śmieci, jeśli nie podnosisz śmieci leżących na chodniku, jeśli nie zaproponujesz administracji, żeby postawiła kosz tam, gdzie go brakuje, itd.

Czy nasz społeczeństwo jest obywatelskie? Otóż, według mnie w bardzo małym stopniu. Lubimy narzekać, ale jeszcze bardziej nie lubimy się angażować. Nie obchodzi nas wiele poza czubkiem własnego nosa, a jednocześnie mamy pretensje do wszystkich wokół. A przecież życie jest w naszych rękach! Pora skończyć z narzekaniem i zainteresować się możliwościami działania, jakie mamy do dyspozycji. Ja zacznę dziś od głosowania dotyczącego budżetu partycypacyjnego w moim Y!

Ps. Notka powstała na skutek złości jaka mnie zalała, kiedy się dowiedziałam zupełnym przypadkiem i zbiegiem okoliczności o tym, że coś takiego jak budżet partycypacyjny istnieje. Dlaczego o tym nie wiedziałam wcześniej? Dlaczego media ciągle promują suplementy diety, para-farmaceutyki, kosmetyki, kredyty i inne bzdury, a nie zależy im na wspieraniu budowania społeczeństwa obywatelskiego przez informowanie obywateli o ich prawach, możliwościach, o tym że nie trzeba być politykiem czy działaczem, żeby mieć wpływ na nasze otoczenie... nie, to nie. W tej sytuacji ogłaszam uroczyście wszem wobec i każdemu z osobna, że istnieje coś takiego jak budżet partycypacyjny i warto jeśli nie składać samemu projekty, to przynajmniej brać udział w wybieraniu projektów do realizacji! Szczegółów najlepiej szukać na stornach internetowych miasta.

sobota, 7 czerwca 2014

Po pracy, po obiadku, po deszczu... wychodzi słońce

Tak było w tym tygodniu. Przy czym wieczór zwykle kończył się kolejnym deszczem. Co dzień inna temperatura i deszcz ze słońcem na zmianę. Trochę to męczące, ale też takie prawdziwe i życiowe.

Na przekór różnym piętrzącym się trudnościom nagle, po czasie melancholii i zniechęcenia do czegokolwiek, mam znów zapał. Czasem szybko gaśnie, ale jednak jest, tli się, żarzy, a momentami wybucha silnymi płomieniami. Do jedzenia, gotowania, sprzątania, prasowania, siania, podlewania i doglądania roślinek, szycia, uprawiania sportu, spotykania i rozmawiania z ludźmi... coś w środku się do tego wszystkiego uśmiecha, jakaś iskra nadziei i radości, takiej zupełnie nie zrozumiałej, nie wypracowanej własnoręcznie, niezasłużonej, a tak potrzebnej, tak wyczekiwanej, tak upragnionej.

Dobry Boże dziękuję Ci za to, tak samo jak za łzy, które dajesz, ale które sam ocierasz.
Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!
(Ps. 42, 2)

środa, 4 czerwca 2014

Bliny

Czasem nachodzą mnie zachcianki jedzeniowe. Potrawa zaczyna za mną chodzić i nie chce się odczepić. Trzyma się mnie tak długo, aż jej nie zrobię. Bywa tak namolna, że rzucam inne domowe prace i biegnę do sklepu po składniki. Ostatnim takim prześladującym mnie daniem były bliny. Pragnienie narastało, a ja je odrzucałam, bo miałam inne rzeczy na głowie... nic to nie dało... o godzinie 21.00 skapitulowałam i sięgnęłam po Kuchnię Polską, wyjęłam potrzebne składniki (szczęśliwie wszystko było w domu) i do dzieła!

Jednocześnie w duchu myślałam, że niezła ze mnie wariatka. Kto widział o takiej porze brać się za gotowanie... i to w tygodniu pracy, a nie w weekend, kiedy można by to odespać, kiedy czasem toczy się nocne Polaków rozmowy...

A to bohaterowie! Z kwaśną śmietaną, solą i pieprzem gorąco polecam! :)


A mój organizm? Widać wie czego chce, bo — aż dziw — nic a nic mi nie zaszkodziło to nocne jedzenie.

sobota, 28 grudnia 2013

modlitwa

Dostałam przed świętami modlitwę. Uderzyła mnie. Tak często jest we mnie strach przed życiem, przed swoimi pragnieniami i tęsknotami. Tak bardzo jest we mnie wdzięczność za życie, które zostało mi dane. 
Mimo że nie zawsze jest lekko.
ŻYCIE JEST PRZEDE MNĄ, PANIE,
ALE TY IDZIESZ ZE MNĄ

Życie jest przede mną, Panie,
jak owoc, który mnie przyciąga.
Ale życie często budzi we mnie lęk,
bo żeby zbierać jego owoce,
trzeba wychodzić z siebie, wychodzić z domu
i wyruszyć w drogę i iść, iść wciąż dalej.

Ale iść w drogę, która jest pełna zakrętów
i nie pozwala zobaczyć przed sobą
ani widoku, który nas czeka,
ani ukrytej przeszkody,
ani rąk do nas wyciągniętych,
ani twarzy, które się od nas odwracają...
Wyruszyć w drogę, to, mój Panie, porywająca przygoda.
Mam wielką ochotę żyć, ale się często boję...
Boję się tego tajemniczego świata,
który mnie wciąga i straszy,
bo słyszę wybuchy śmiechu
i widzę kuszące mnie uroki...
Ale słyszę także krzyki ludzkich boleści.
Te krzyki budzą mój sprzeciw,
że nie mogę ich uciszyć.
Boję się tej miłości, której pragnę
o świcie moich poranków
i w środku moich nocy,
a pragnę jej całym sobą...
Pragnę i boję się, Panie,
bo tyle miłości zmarniało na moich oczach.
Tak, boję się, Panie, i ośmielam się powiedzieć Ci to.
Jeśli zamykam oczy, to nie dlatego,
że nie chcę widzieć drogi przed sobą,
ale żeby Ciebie znaleźć, do Ciebie się modlić,
bo ja tak bardzo pragnę żyć, mój Panie,
i w Tobie jest cała moja nadzieja.

środa, 25 grudnia 2013

przedświątecznie i świątecznie

Taki to był bardzo wariacki czas. Nie było jak usiąść na czterech literach. Z internetu i komputera korzystałam, a owszem, całkiem intensywnie, ale tylko w celach czysto zawodowych, pracowych lub sprawdzając przepisy.

Na pisanie, czytanie dla przyjemności czasu nie było. Jak tylko udało się wyrwać od zajęć zawodowych to rzucałam się w wir domowy, sprzątania, gotowania, szykowania prezentów, pieczenia, spotkań i telefonów przedświątecznych, „sprzątania” własnego wnętrza, jednym słowem — wielkiego ogarniania, żeby przygotować do Świąt siebie, Męża, dom, jedzenie... Trochę tego było. Narzekać nie będę, bo jak to pięknie napisała Anutek (o tu) to jest szczęście. Szczęście bardzo świadome, wybrane, oczekiwane... jak to małe Dzieciątko, które dopiero co przyszło na świat. Szczęście, że jest dla kogo to wszystko robić, że są siły, że są jako takie środki, że same przygotowania nie są w tym wszystkim najważniejsze, bo Ten, na którego czekamy rodzi się, żeby nas zbawić.

Gdzieś w tym wszystkim pojawia się ból codziennego czekania, zakręci łza i głos zadrży lub załamie zwłaszcza przy składaniu życzeń. Ten ból, ta trudność i tęsknota, kiedy kogoś brakuje, to też szczęście. Niezrozumiałe, z pozoru niepotrzebne, raczej niechciane, a jednak szczęście. Dane nam Życie do przeżycia, najlepsze dla nas, choć tak często tego nie widzimy i nie chcemy zauważyć.

Całym sercem dołączam się do życzeń Anutek. Obyśmy potrafili rozpoznawać szczęście, którym jesteśmy obdarowywani każdego dnia naszego życia!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

o zbawieniu

Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Saronu. Oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga. Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto — pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zmieni się w pojezierze, spragniony kraj w krynice wód; badyle w kryjówkach, gdzie legały szakale na trzcinę z sitowiem. Będzie tam droga czysta, którą nazwą Drogą Świętą. Nie przejdzie nią nieczysty, gdy odbywa podróż, i głupi nie będą się tam wałęsać. Nie będzie tam lwa, ni zwierz najdzikszy nie wstąpi na nią ani się tam znajdzie, ale tamtędy pójdą wyzwoleni. Odkupieni przez Pana powrócą, przybędą na Syjon z radosnym śpiewem, ze szczęściem wiecznym na twarzach: osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie.
(Iz 35, 1-10) 
 Czasem właśnie jak ta spieczona i wyjałowiona ziemia się czuję, chyba w każdym jest taka tęsknota (czasem bardzo głęboko ukryta) za czymś większym, za Kimś, kto wypełni pustkę i nasyci pragnienie. Obietnica dana w dzisiejszych czytaniach przez Słowo napełnia mnie radością, pomaga żyć i czekać, daje nadzieję w trudzie codzienności

Oby dzień dzisiejszy był okazją do dobrego dla nas wszystkich! 

sobota, 30 listopada 2013

o gotowaniu dla innych...

napiszę dziś słowami Karen Blixen:
Bardzo byłam zadowolona z jego przybycia na intymny obiad we dwoje; możność podania człowiekowi, którego się lubi, własnoręcznie przyrządzonego smacznego jedzenia sprawia szczególną przyjemność. W zamian za to on zdradził mi swoje poglądy na tematy kulinarne i na wiele innych rzeczy; oświadczył również, że nigdzie nie jadł lepszego obiadu.
Karen Blixen „Pożegnanie z Afryką
Słowa te są mi uderzająco bliskie. Ogromną przyjemnością jest dla gotowanie dla innych i razem z nimi spożywanie przygotowanego posiłku. Jest też rzeczywiście coś intymnego w siadaniu do zastawionego stołu z osobami, które się lubi:).

Smacznej kolacji w doborowym towarzystwie życzę!

sobota, 23 listopada 2013

coraz dłuższe jesienne wieczory

Na poprawę nastroju w coraz dłuższe jesienne wieczory — świece, orzechy włoskie, książka i dobra herbata... marzy się jeszcze coś, może kiedyś się spełni :).


Od marzeń spełnionych chyba bardziej lubię te niespełnione. Czasem wywołują ból i tęsknotę, ale jednocześnie można na nie czekać, marzyć... a samo marzenie jest czymś bardzo, bardzo przyjemnie ekscytującym i podniecającym. Może dlatego, że jeszcze wszystko się może zdarzyć?

Mnie te długie wieczory, kiedy cierpię z braku światła, nastrajają do marzeń...

piątek, 22 listopada 2013

Warsztaty Window Farm i Krakowskie Przedmieście

Czasem muszę zaszaleć. Czasem muszę zrobić coś, czego nigdy nie robiłam, czego sama się po sobie nie spodziewam, coś kompletnie nowego. To nie jest przymus, pisząc „muszę” mam na myśli bardzo silne wewnętrzne pragnienie. Pragnienie, żeby zrobić coś co pozwoli mi wyjść poza swoje utarte zainteresowania.

Farma w oknie Kordegardy
źródło: https://www.facebook.com/FabLabT


Jakiś czas temu (dawno, dawno) z pomocą mi przyszła moja ukochana „Dwójka” i zaproszeni do studia goście z Narodowego Instytutu Audiowizualnego, którzy opowiadali o Festiwalu Kultura 2.0. Festiwal pewnie bym puściła mimo uszu gdyby nie informacja, że towarzyszyć mu będą bezpłatne warsztaty. To uszu nadstawiłam... i usłyszałam o warsztatach Window Farm, czyli domowej uprawy hydroponicznej. Długo się nie zastanawiałam i czym prędzej wysłałam zgłoszenie. Od dziecka lubię grzebać w ziemi (z tęsknotą wspominam działkę moje Babci), a w swoim miejskim mieszkaniu nieustannie próbuję w doniczkach uprawiać zioła, kwiatki... idzie to trochę opornie, bo wiedzy nie mam zbyt dużej. Pomyślałam więc, że może to będzie okazja, żeby się trochę dokształcić :).

Nasza farma w fazie powstawania i farma będąca elementem ekspozycji

I tak któregoś sobotniego październikowego poranka ruszyłam na warszawskie Krakowskie Przedmieście. Byłam trochę za wcześnie, ale nic nie żałuję. Zalane słońcem Krakowskie Przedmieście było jeszcze dość puste i bardzo, ale to bardzo fotogeniczne :).

Krakowskie Przedmieście - puste i skąpane w słońcu


Gdzie ja jestem? :)

 Bardzo zadowolona z tych warsztatów jestem. Trochę się o roślinach (ziołach!!!) dowiedziałam, czas spędziłam miło, poznałam nowych ludzi... Same plusy :). Na razie farmy u siebie w domu nie zakładam i chyba prędko nie założę, ale myślę, że co nieco uda mi się wykorzystać w domowej uprawie. Chyba już na wiosnę...

wtorek, 15 października 2013

Pomidory

Nadrabiam zaległości. Długo mnie tu nie było. Teraz nagle zintensyfikowałam swoje pisanie. A brakowało mi go, brakowało. Przede wszystkim mobilizacji do szukania chwil radosnych.

Pochłonęły mnie różne zajęcia, formalności biurokratyczne, papierologia stosowana, ganianie po urzędach, itp. Nic przyjemnego. Cieszę się, że to za mną już w dużej mierze. Nie dość, że mnie taka działalność irytuje, to jeszcze wywołuje stres. Bardzo trudno jest mi skupić myśli na czymkolwiek innym, trudno też myśli oderwać i zauważyć jak piękny jest świat wokół. Wszystko zaczyna się kręcić wokół tego i sen z oczu spędza. Żeby nie zwariować, żeby nie dać się czarnowidztwu, żeby dać ukojenie oczom, uszom i całemu ciału wyrywałam się jednak z tego świata zwariowanego i łapałam chwile słońca, śpiewu ptaków i kolorowych liści — trochę tego można było zobaczyć na zdjęciach poprzedniego postu.

Pomidory przed...

Poza tym już tradycyjnie zaczęłam szykować spiżarnie na zimę :). Przy kuchennej działalności też odpoczywam — więc łącze przyjemne z pożytecznym. Przede wszystkim pomidory. Oczywiście weekendowo, bo w tygodniu czasu na to nie ma.

...pomidory w trakcie...

Podobno staroświeckie trochę takie robienie przetworów. Często słyszę wyrazy zdziwienia i stwierdzenia, że młodzi to już się takimi rzeczami nie zajmują, że wśród moich rówieśników to trzeba by ze świecą szukać. Bzdura! Bo sama znam takie dziewczyny, co pracy przy garach się nie boją, a przetworów robią ode mnie o wiele więcej, a jakoś mocno starsze nie są :).

...pomidory po

A przepis będzie w kolejnym poście :).

czwartek, 20 czerwca 2013

Gdzie tu konsekwencja?

Mojemu Mężowi kładłam tysiące razy do głowy to zdanie: „Jak kupujesz jogurty owocowe, to proszę omijaj truskawkowe...chyba, że dla siebie, bo ja nie lubię”. Prawda jest taka, że nie znoszę, absolutnie, ale to absolutnie nie potrafię zdzierżyć truskawkowych produktów. Nie i już!

Truskawki, jogurt, malakser... będzie koktajl!

Mimo to, z truskawkami, bananem (dziękuję za podpowiedź — bo to tutaj się nauczyłam tak słodzić), jogurtem i malakserem mogłabym się nie rozstawać cały rok... To niestety nie możliwe, a może na szczęście, bo pewnie by się inaczej ten zestaw nudził. A tak, czekam na niego cały rok :). A jak już truskawki są najprawdziwsze, pachnące słońcem, deszczem, wiatrem i ziemią to jakby był raj...

Pierwsze truskawki zjadam tak bez niczego. Z niecierpliwością już w trakcie mycia zjadam je wprost z szypułek. Kolejne porcje są już elegancko wyszypułkowane, czasem pokrojone, a to z mlekiem, a to z cukrem pudrem, jogurtem lub bitą śmietaną. Zamieniają się w koktajle pite ciepłymi wieczorami.

A oto efekt końcowy!

A na koniec zostaje zawsze najlepsze — czyli wylizywanie resztek przy pomocy palucha. Czy ktoś mówił, że ja jestem dorosła? Wam i sobie życzę jak najwięcej chwil dziecięcych :).

niedziela, 16 czerwca 2013

czas gna jak szalony...

Minęły już dwa lata od momentu, kiedy mój świat wywrócił się do góry nogami, kiedy wszystko, co wydawało się mnie definiować, mnie i moje palny na przyszłość, stanęło pod znakiem zapytania. Znak zapytania nie zniknął. Mogłabym długo i namiętnie opowiadać o nieszczęściu i cierpieniu, które mnie dotknęło i dotyka prawie każdego dnia. Nie chcę. To nie ma znaczenia. Przepraszam Was moi Bliscy, bo Wiem, że nie zawsze to rozumiecie, że cierpicie widząc moje łzy. A ja tego nie chcę, złoszczę się nieraz, kiedy widzę Wasze zmartwienie nad sobą. Chcę, żebyście mimo moich łez radowali się prawdziwie razem ze mną tym co odkrywam, czego się uczę, moimi małymi zwycięstwami w sytuacji trudnej. Nie da się zaprzeczyć czy zapomnieć cierpieniu, ono po prostu jest, każdy go doświadcza, ale jak wielkie by ono nie było nie warto uczynić z niego centrum życia. Życie jest piękne, ciekawe, darowane jako skarb cenny. Warto je dobrze wykorzystać. Nie wiem co przede mną — prawdę mówiąc nikt tego nie wie. Czasem dopadają mnie strachy, ale wolę skupiać się na tym co dane i zadane jest mi na chwilę obecną. Nauczyłam się być szczęśliwa w miejscu i czasie, w którym się aktualnie znajduję. Szczęśliwa tak, jak wcześniej nie potrafiłam, doświadczam pokoju i wolności. Przestałam być niewolnikiem własnych wyobrażeń o swoim życiu, a umiem znajdować radość w tym, co jest i nadal marzyć.

Boże Dobry, dziękuję Ci za siły, żeby wstać rano, kiedy wydaje się, że nic nie ma sensu, za promienie słońca, za kwiaty, za ludzi życzliwych i tych, co uczą pokory i „miłości mimo”, za posiłki, za uśmiechy i łzy, za udaną prezentację na konferencji, za zdany egzamin, za pouczającą rozmowę z profesorem, za moich studentów, za rzeczy małe i wielkie!!! Dziękuję Ci bardzo!!! Szczególnie za opiekę przez ostatnie dwa lata!!!

sobota, 15 czerwca 2013

wiosenne cięcie - post wreszcie ukończony, ale już mocno przedawniony...

bo chyba z połowy kwietnia, ale szkoda mi go kasować.

Wiosna długo nie chciała przyjść. Chyba dlatego, razem z tą nieznośnie przedłużającą się zimą mnie też wszystko ciągnęło się w nieskończoność. Ledwo uporałam się z jednym nadchodziło kolejne. Poza tym jak nie jest łatwo, jak mi coś ciąży to mój organizm ucieka w sen... potrzebuję wtedy snu na potęgę i żadna ilość nie wydaje się za mała. Normalnie nie należę do śpiochów, ale kiedy jest ciężko, kiedy trudności się piętrzą mogłabym spać 24 godziny na dobę. Hm... jedni z kłopotów spać nie mogą, a ja jakby przeciwnie...

W każdym razie zima poszła precz i ja też postanowiłam, że muszę bardziej postawić się przeciwnościom. Właściwie to nie muszę... chcę, chcę bardziej przeciwstawić się przeciwnościom, chcę bardziej zawalczyć o życie (nie tylko w perspektywie ziemskiej), chcę bardziej zadbać o siebie i swoje otoczenie!

Dziś zaczęłam od cięcia ...włosów a potem roślin :). Od dwóch lat miałam włosy długie, opadające na plecy i dziś je ścięłam. Moja twarz nabrała innego wyrazu, zrobiło się lżej. Choć trochę żal się zrobiło jak spojrzałam na to, co zostało na podłodze u mojej fryzjerki, to myślę sobie jednak, że to jest czas na zmiany, na to, żeby dać szansę temu co przede mną. Nie zamierzam zapominać o życiu tu i teraz. Lekcji, którą przeszłam, nigdy nie zapomnę. Ale prawdziwe życie to życie łaską chwili obecnej bez strachu, a ja się ostatnio trochę „zaskorupiłam” w  postaci przetrwalnikowej. Jak ziarenko, które postanowiło nie kiełkować, bo a nuż będzie za zimno, albo za sucho, albo wody za dużo... a przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby się odważyć na kiełkowanie :) inaczej żadnych kwiatków nie będzie...

Życzę udanych i pełnych odwagi wiosennych cięć!

czwartek, 28 lutego 2013

Ciekawostka naukowa: The Pitch Drop Experiment

Jestem doktorantką. Doktorantką uczelni technicznej. Tak, wiem, to raczej mało popularne wśród kobiet. Dodatkowo wcale nie mam wybitnych technicznych zdolności. Z przekąsem powtarzam, że jestem inżynier ale obsłużyć wiertarki nie umiem... Każda taka czynność mnie trochę przeraża, ale jak już przełamię się i posiądę umiejętność, to duma mnie rozpiera, że hej!

Nie dawno rozpoczął się nowy semestr i wpadłam w niego dosyć nieoczekiwanie. Okazało się, że jakimś dziwnym trafem korespondencja dotycząca moich studiów wylądowała w spamie, a ja nieświadomie przyjęłam założenie, że ten semestr będzie wyglądał jak poprzednie. Pomyliłam się, we wtorek wpadłam na zajęcia 45 minut spóźniona — bo nasze podstawowe zajęcia zostały przesunięte 45 minut wcześniej... Okazało się też, że będziemy mieli nowe zajęcia obowiązkowe — raz na dwa tygodnie 4 godziny, a pierwsze odbędą tuż po tych zajęciach, na które wpadłam spóźniona. Byłam zła, bo cały plan dnia się posypał i zamiast witać podróżników, którzy właśnie do Polski przyjechali na kilka tygodni, utknęłam na uczelni.

Złość szczęśliwie złagodził wykład. Przedmiot trochę mi bliski, bo sama jakieś bardzo podstawowe informacje na ten temat próbowałam wbić do głowy swoim studentom (a musiałam w tym celu najpierw sama wiedzę uzupełnić). Poza tym mnie wciąga i fascynuje. No, może to za dużo powiedziane, ale interesuje na pewno. Jeśli zrobię ten swój doktorat i będę dalej chciała coś naukowo robić, to może właśnie w tym kierunku... Kto wie?

Ale nie o tym miało być. Profesor, który prowadzi dla nas ten nowy obowiązkowy wykład jest pasjonatem i ma dar mówienia o swojej pasji, co wcale nie jest oczywiste. Spotkałam już wielu takich, co poza swoją pasją nie widzą nic do tego stopnia, że pomijają kompletnie potrzeby słuchacza i nudzą swoją pasją makabrycznie. Ten przeciwnie. Swój wykład uzupełnia o różne ciekawostki.

Jedną z nich chcę się podzielić. Rzecz dotyczy smoły (ang. pitch). Smoła jest jednym z takich trochę dziwnych materiałów. Czysta smoła (nie jakiś lepik, tylko zwykła smoła) w stanie niepodgrzanym wygląda tak:

Źródło: http://smp.uq.edu.au/content/pitch-drop-experiment
Przy uderzeniu młotkiem jest krucha i łamliwa... aż trudno więc uwierzyć, że ta sama smoła włożona do lejka (niepodgrzewana!) po jakimś czasie wygląda tak:

Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Pitch_%28resin%29

Chcecie wiedzieć po jakim czasie i w ogóle skąd to wiadomo? Więc było tak. Eksperyment rozpoczął w 1927 roku profesor Thomas Parnell z University of Queensland. Eksperyment jest długoterminowy. Po przeszło 80 latach formuje się właśnie dziewiąta kropla! Do tej pory nikt nigdy nie był naocznym świadkiem oderwania się kropli. Niezwykłe, że materiał, który zdaje się być ciałem stałym, kruchym i łamliwym (właściwie to trzeba powiedzieć, że w określonych warunkach nie zdaje się tylko taki właśnie jest), zachowuje się jak ciecz o bardzo dużej lepkości. Możecie się śmiać, dla mnie to niezwykłe a błyszcząca kropla smoły przyciąga jak przepiękny klejnot.

Eksperyment można obserwować na żywo: http://smp.uq.edu.au/content/pitch-drop-experiment. Może komuś z Was uda się zaobserwować oderwanie kolejnej kropli? :) Przewiduje się, że oderwanie może nastąpić w 2013 roku :). Powodzenia!

sobota, 9 lutego 2013

wyróżnienie

Długo już tu nie zaglądałam. Czas ostatni intensywny i trudny. Wiele pięknych chwil, ale też czas myślenia, że zostałam wsadzona na karuzelę bez pytania czy chcę i mimo wołania, że chcę już zejść, ktoś ciągle kręci tą karuzelą, raz szybciej raz wolniej, ale tak, że zejść z niej nie sposób...

W międzyczasie dostałam pierwsze moje wyróżnienie Liebster blog od Nutriji, za co serdecznie dziękuję.


Na zadane pytania odpowiadam, nie będę — przynajmniej na razie — nikogo nominować. Raz, że mam duże zaległości blogowe, a dwa, że większość blogów, na które zaglądam, takie wyróżnienia już otrzymały :). Po prostu jestem spóźniona :).

1. płatki z mlekiem czy z jogurtem?
— z jogurtem! Od pewnego czasu (podobno z wiekiem przestajemy produkować enzym, który pomaga nam trawić mleko, więc wygląda na to, że to normalne:) mleko jako takie toleruję tylko w kawie lub z miodem jako lekarstwo na przeziębienie (fantastycznie łagodzi napady kaszlu w środku nocy). W innych zestawach powoduje rewolucje żołądka. Mimo to w domu mam zawsze zapas mleka, bo wykorzystuje je do różnych potraw.

2. Śniadanie, czy kolacja?
— hm...  trudno powiedzieć, zależy od dnia. Jeśli muszę być na rano w pracy to o śniadaniu nie ma mowy, tylko kawa i potem wczesne drugie śniadanie w biurze. Kolacja — tak! Wieczorem zawsze siadam do stołu, tylko czasem to jest obiadokolacja, czasem kanapka i kubek herbaty, czasem pięknie zastawiony stół ze świecami, różnie po prostu.

3. Wakacje w górach, czy nad morzem?
— w górach!!! Nie pamiętam już kiedy byłam nad morzem i bardzo za nim nie tęsknię. Bez gór życia sobie nie wyobrażam latem, zimą, wiosną, jesienią, wszystko jedno...

4. Książka, czy film?
— książka zdecydowanie.

5. Samochodem, czy rowerem?
— Rowerem, kiedy się chcę zmęczyć, poczuć wiatr we włosach. Samochodem tylko szosą, kiedy po bokach pola, łąki i lasy, broń Boże po mieście :).

6. Ulubiona przyprawa?
— Nie mam pojęcia. Używam różne, jestem ostrożna w łączeniu — lubię wydobywać smaki, a nie zagłuszać. Dawniej napisałabym, że zioła prowansalskie — dodawałam do czego tylko się dało, ale dziś coraz rzadziej sięgam po mieszanki gotowe, wolę sama decydować co z czym łączę. Ostatnio też zaczynam się przekonywać do kminku, którego dawniej nie lubiłam.

7. Ulubiona zupa?
— lubię bardzo zupy krem, a ostatnio mam bzika na punkcie zupy rybno-pomidorowej (może nie długo uda mi się napisać coś więcej:)

8. Ciasto francuskie na słodko czy wytrawnie?
— wytrawnie.

9. Dobra myśl na początek dnia?
— Dzięki Ci Panie za poranek!

10. Ostatnio przeczytana książka?
— "MacDusia" Małgorzaty Musierowicz. Ale przy tej okazji polecę jeszcze "Pustynia. Spotykanie Boga w ciszy, samotności i modlitwie" Doherty de Catherine Hueck — czytałam prawie pół roku choć pozycja nie jest gruba, ale lekturze towarzyszyła wędrówka wgłąb siebie, co rusz wracałam do przeczytanych już akapitów.

11. Najpiękniejsze imię dla dziewczynki i najpiękniejsze imię dla chłopca?
— Hanna i Franciszek

Tyle o mnie. Mam nadzieję, że następny post powstanie w nie bardzo odległej przyszłości :). Dobrego wieczoru!

środa, 24 października 2012

Brak mi motywacji?

Chciałabym, żeby różne sprawy układały się w moim życiu inaczej, chciałabym być trochę bardziej być odporna i nie płakać z byle powodu. Chciałabym lepiej panować nad emocjami i nie wpadać tak łatwo w stan poddenerwowania, irytacji i paniki. Bardzo mnie to irytuje, że taka jestem, ale chyba nie pozostaje mi nic innego jak to zaakceptować. Im bardziej bowiem złoszczę się na siebie, tym trudniej o opanowanie. Czuję się zmęczona (jesienna melancholia?), mało mi się chce. Pozwalam więc sobie na odpoczynek i nic-nie-robienie, a potem mam do siebie żal, że czas przecieka mi przez palce. Jakoś nie mogę złapać równowagi.

Radość i energię dają mi nieformalne spotkania z przyjaciółmi. Szkoda, że w życiu trzeba jednak robić coś jeszcze :).

A tu obiecane zdjęcia jabłkowych słoików:

Jabłkowa spiżarnia

Ps. Czy ktoś lubi pić miętę słodzoną miodem? Ostatnio mi przyszedł do głowy taki pomysł i piję namiętnie :).

niedziela, 14 października 2012

jesienny weekend

Weekend minął mi jak z bicza strzelił i jesiennie.

Poranki długie, ponure, zimne i mgliste tak bardzo, że z trudem wychodziłam z łóżka. W zasadzie jestem rannym ptaszkiem, ale takim co to raczej ze słońcem wstaje. Jak słońce zaczyna wschodzić później to i ja budzę się późno…

Sobotę zaczęłam więc późno jak na mnie. Lekko zła na samą siebie za to spanie wciągałam czym prędzej ubrania mrucząc pod nosem, że na pewno już kolejki w sklepach, że trzeba jednak było nastawić budzik. Nie lubię marnować soboty tkwiąc w sklepowych ogonkach i staram się zrobić zakupy zanim większość mieszkańców mojego miasta wyjdzie z domu. Wyszłam na dwór i ku mojemu zdumieniu na ulicy panowała cisza, było widać jak na dłoni, że większość mieszkańców jeszcze śpi… Ulice i chodniki były praktycznie puste, słońca ni widu ni słychu, a w powietrzu wilgoć przenikająca na wskroś… cieszyłam się z własnej zapobiegliwości w postaci nakrycia głowy i rękawiczek. Jednocześnie jakoś bardzo wyraźnie do mnie dotarło, że zima już wcale nie tak daleko.

Stąd decyzja wyciągnięcia z piwnicy pudeł z jesiennymi i zimowymi ubraniami. Przedpołudnie sobotnie spędziłam więc nie tylko na cotygodniowych porządkach, ale też wypakowywaniu ciepłych ciuchów i chowaniu letnich. Na obiad byliśmy u Rodziców, a po oczywiście obowiązkowy spacer po lesie. Jako dziecko miałam moment buntu przeciwko spacerom — wydawały mi się głupie, bo przecież nic się nie robi tylko idzie. Dziś każdą wolną chwilę najchętniej właśnie tak bym spędzała, idąc przed siebie, przyglądając się przyrodzie, wyszukując „cudów” i tego co może posłużyć za dekorację. Dziś na przykład przywlokłam gałąź polnej róży z czerwonymi owockami — okupiona ranami kłutymi (kolce!) pięknie teraz zdobi moją kuchnię.

Popołudnie niedzielne spędziliśmy zbierając jabłka u siostry mojego Taty. Od jutra trzeba będzie się wziąć za robienie musu do słoików i właściwie to nie mogę się już doczekać… kucharzenia, zapachu wypełniającego kuchnię. Może ktoś poszedłby za mnie do pracy, a ja zostanę tu przy tych jabłkach :)?!

Ciemno i cicho już, z radia sączy się muzyka, a ja jestem szczęśliwa dzięki chwilom zatrzymania, przyrodzie, która taka piękna, ludziom spotykanym każdego dnia, wbrew trudnościom i mimo wszystko. Czasem chciałabym, żeby czekanie bolało mniej, a czasem sobie myślę, że gdyby nie bolało to może nie umiałabym być tak szczęśliwa.

Dobrych snów a jutro dobrego i pięknego dnia!

środa, 12 września 2012

...wracając do tonu pożegnalnego:)

Ostatnio było o inauguracji piekarnika, to teraz żeby trochę namieszać w chronologii będzie o pożegnaniu... również piekarnika i poprzedniego mieszkania.

Mimo pewnego szaleństwa i gonitwy z czasem, mając już sporą część rzeczy spakowanych w kartonach (tytułem wyjaśnienia: kuchnię pakowałam właściwie na samym końcu, bo przecież wszystko mi potrzebne ;p do ostatniej chwili, inaczej nie będziemy mogli normalnie zjeść), ale też z pewnym przekonaniem, że pomysł głupi nie jest, w przede dniach ostatecznej wyprowadzki odważyłam się na kulinarny eksperyment. Od dawna już mnie korciło, żeby zrobić quiche. Miałam dodatkową motywację mojej Matki Chrzestnej, która robi je już z głowy (żadnych przepisów nie używa) i z tego co akurat ma pod ręką, że to świetna rzecz, bo można upiec więcej i wsadzić do lodówki, zamrażalnika a potem tylko wyjmujesz, kroisz, odgrzewasz i obiad czy kolacja gotowe. Pomyślałam więc, że super! Upiekę i parę dni będzie spokój z gotowaniem w tym bałaganie przeprowadzkowym (hm... nie policzyłam gości pomagających przy przeprowadzce, więc zszedł trochę szybciej niż przypuszczałam, ale i tak warto było :). Zwłaszcza, że zaskoczenie i entuzjazm gości bezcenny :). 

Na marginesie: chyba pisałam już, że gotowanie dla samej siebie to w moim przypadku nie duża przyjemność, lubię gotować dla innych!

Wracając do tematu quiche. Po raz pierwszy zetknęłam się z nim w książce Tessy Capponi-Borawskiej „Kuchnia pachnąca bazylią” (polecam gorąco — książka wspomnieniowa przepleciona przepisami). Ponieważ właścicielem książki jest moja Mama to wpisałam w  internet i zaraz mi sporo stron wyskoczyło :). Tylko nie było quiche ze szpinakiem — a tak je sobie wymarzyłam, bo akurat piękny szpinak był u mojego ulubionego sprzedawcy :). Więc w wyszukiwarkę wpisałam hasło "tarta szpinakowa" i w ten sposób, łącząc przepisy znalezione tutu, powstał quiche ze szpinakiem ale bez łososia. Oto i on w całej (no, właściwie to już naruszonej) swej okazałości:

Mój quiche pierwszy ale z pewnością nie ostatni!

Ps. Wracam do moich poważnych artykułów. Eh... szkoda, że je trzeba pisać zupełnie innym stylem...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...