SZUKAJ W BLOGU

wtorek, 12 czerwca 2012

piątkowy szybki obiad, czyli jajecznica po mojemu

Wróciłam wczoraj* do domu dosyć zmachana po pracy. Niby taki dzień luźny, prawie nie było telefonów, większość ludzi na urlopach, więc nasi klienci też. Tyle, że w biurze raptem cztery osoby i pracy przez to wcale nie było mniej. Drugie śniadanie jadłam dopiero jadąc autobusami do domu, a wyszłam z pracy po 17.00... :(

Dotarłam więc głodna i zmęczona. Na makaron — każdy wie, że to najszybsze danie :) — jakoś nie miałam ochoty. W zamrażalniku miałam kupiony wcześniej umyty, podzielony na różyczki i zapakowany w woreczki odpowiadające pojedynczym porcjom kalafior i sporo jaj.

W trakcie gotowania obiadu

Zdecydowałam więc, że ugotuję kalafior i zrobię jajecznicę. Ale jajecznica będzie po mojemu. Po pierwsze jajka mieszam z odrobiną mleka właściwie zawsze. Obowiązkowo też sól i odrobinę pieprzu. Tym razem postanowiłam też dodać trochę „wkładek” w postaci drobno posiekanego szczypiorku i pokrojonych w paseczki suszonych pomidorów. Zanim jajka wymieszane z pozostałymi składnikami wylałam na rozgrzaną patelnię, na oliwie zeszkliłam cebulę i podsmażyłam pokrojony w kostkę chleb (aż się zarumienił). A oto efekt mojego gotowania :).


Gotowy obiad :)

* Wczoraj, tzn w piątek. Post zaczęłam pisać w sobotę, ale różne okoliczności nie pozwoliły mi go wcześniej skończyć, ale o tym będzie następnym razem...

poniedziałek, 4 czerwca 2012

nowalijki, smaki dzieciństwa, smaki dzisiejsze

O tym, że lubię warzywa już pisałam tu. Przepadam za robieniem zakupów na targach i straganach, zresztą, samo spacerowanie między straganami z sezonowymi warzywami i owocami jest już radością. Rzadko robię listy warzyw, które mam kupić (w przeciwieństwie do różnych innych zakupów). Warzywa przeważnie wybieram spontanicznie, wybierając to co świeże, ładne i na co akurat w głowie powstanie pomysł pod wpływem obrazu, który widzę.

Kalarepa
Każda pora ma swoje warzywa i owoce, zgodnie z ogrodniczym kalendarzem. Teraz przyszła pora nowalijek. Przechodząc obok straganu trudno się powstrzymać widząc botwinkę, młode marchewki, kalarepki, rzodkiewki, sałaty... no i rabarbar :).

Kalarepka — im mniejsza tym smaczniejsza, tym mniej ma ciągnących się włókien i miększa. Wolę wziąć trzy małe niż jedną wielką. Pierwsze w sezonie zjadam jak jabłko, tylko ze skórki obieram. Następne kroję w plasterki i dokładam do kanapek lub wrzucam do sałatek. A ostatniej soboty utarłam ją na tarce, dodałam jogurtu, trochę soli i białego pieprzu. Więcej nic nie trzeba!


Jako dziecko lubiłam kompot rabarbarowy pod warunkiem, że był odcedzony i bez pływających „fusów”. Dziś najbardziej lubię gęsty od pływających rozgotowanych kawałków, mocno posłodzony — taki jest balsamem na moje gardło, ciągle jeszcze nie mogące dojść do siebie po chorobie i poddawane próbie wytrzymałości podczas zajęć ze studentami. Dawniej piłam go z kubeczka lub szklanki, dziś podaję w miseczce lub kompotierce. I jeszcze specjalność mojej Mamy — placek drożdżowy z rabarbarem... trudno się nie rozmarzyć.

Rabarbar

A najważniejsze chyba, że pojawiły się też truskawki. Nie znam nikogo, kto by za nimi nie tęsknił (ale znam takich co z powodu alergii niestety cierpią katusze). Ale o truskawkach może przy innej okazji... :)

piątek, 1 czerwca 2012

Zamilkłam... ale wracam :)

Zamilkłam w przenośni i dosłownie. W piątek po ostatnim poście — tak radosnym ze względu na dobre wyniki badań — dopadła mnie choroba zupełnie inna. Tydzień z wysoką temperaturą, infekcja górnych dróg oddechowych i zapalenie ropne spojówek, niemożliwość wydobycia dźwięku innego niż pisk, ból rozsadzający głowę... nie mogłam nic, nawet sama zadzwonić po lekarza :(.

Od samego początku tej choroby wróciły do mnie słowa:
„Nie jest dobrze żeby mężczyzna był sam” (Rdz. 2, 18)
Te słowa wypowiada Bóg w Ksiedze Rodzaju kiedy jeszcze nie ma kobiety. Mężczyzna jest reprezentacją człowieka. Więc Bóg mówi: „nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Tak mówi do mnie Bóg w sytuacji skrajnej, trudnej, kiedy fizycznie doświadczam, że nie mogę sama, że brak mi sił, że potrzebuję drugiego człowieka, żeby podał kubek herbaty, zrobił zakupy. A ja, taka uparta „zosia-samosia”. Boże, dziękuję Ci za tych, którzy w tym czasie byli ze mną, którzy wspierali gestem, słowem, modlitwą. Dzięki, że nie jestem sama!

Od jakiegoś już czasu wróciłam do pracy i innych obowiązków. W ostatnim tygodniu zaczęłam wreszcie czuć, że siły wracają. Wcześniej wejście po schodach było trudne, noszenie czegokolwiek cięższego niemożliwe. Kaszel jeszcze się za mną ciągle wlecze, ale to już drobnostka :). Wpadam w wir pracy, uczelni, zbliżającego się nieubłaganie końca semestru studentów i mojego, urządzania łazienki i całej reszty formalizmów różnych. Kto by pomyślał, że to może cieszyć :).

środa, 2 maja 2012

Radość nie tylko wiosenna

Nie wszyscy mają wolne w ten długi majowy — nie, zdecydowanie nie weekend — tydzień. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. Nie narzekam, lubię swoją pracę. Poza tym, tyle mam wolnego i bez brania urlopu, że całkiem mi to wystarcza, żeby cieszyć się pogodą i otoczeniem, które z dnia nadzień coraz bardziej kwitnące.

Po pracy badania. Wyniki dobre, bardzo dobre bym powiedziała. Całkiem wbrew wstępnym badaniom, które sugerowały coś innego i wymusiły dokładniejsze diagnozowanie. Wszystkie inne troski poszły w kąt, dziś cieszę się tym jednym, nic innego się nie liczy :). Następna kontrola dopiero za pół roku.

Tak mi było radośnie jak wracałam, że postanowiłam uczcić tę radość i ruszyłam na polowanie :). A to efekty — zdjęcia jak najbardziej aktualne. Prawie tak świeżutkie jak wyjęte przed chwilą z piekarnika ciastka :).

Bzy już rozkwitły

...i kasztany też :)

wtorek, 1 maja 2012

Wiosna eksploduje!

Nie wiadomo kiedy zrobiły się upały. Dla mnie jest nawet odrobinę za gorąco — ruszać się nie chce, no i nie najlepiej się czuję. Ale kto by się tym przejmował! Drzewa, krzewy, trawniki i rabaty w mgnieniu oka zazieleniły się i kwitną. Jeszcze nie tak dawno trudno było wypatrzeć kwitnącą forsycję, a dziś widziałam już ogromne pąki bzów i kasztanów, lada moment się rozwiną. Za oknem naszego mieszkania kwitnie czeremcha, wieczorem mieszkanie wypełnia jej słodki zapach. Kto by uwierzył, że mieszkamy w dużym mieście? Tylko szum samochodów wpadający przez otwarte okna nie pozwala zapomnieć.


Udało mi się zrobić kilka zdjęć w niedzielę. Dzielę się nimi, choć ze względu na tempo z jakim wszystko rośnie i rozwija się, są już trochę nieaktualne :p.


 Może jutro zapoluję na kasztany i bzy? Zobaczymy. Życzę wszystkim radości z tej zielonej eksplozji wiosny!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...