SZUKAJ W BLOGU

poniedziałek, 14 października 2013

Złoto jesieni

Każda pora roku ma swoje uroki. Niezwykłe jest zataczanie koła przez przyrodę. Powtarzalność w swojej zmienności, zmienność w niepowtarzalności.

Kolaż jesienny.
Wsparty jednym zdjęciem nie mojego autorstwa za zgodą Autora:)


Dokładnie to do nas, ludzi, pasuje. Z jednej strony lubimy nowe, z drugiej bezpiecznie czujemy się z tym, co nam znane.

Wino i bluszcz tak się dziwnie plecie :)

Przyroda zachwyca mnie nie po raz pierwszy. A jednak ciągle zaskakuje. Intensywnością barw liści, połyskiem kasztanów, które w dotyku dają odczucie połączenia lakierowanej posadzki i delikatnego meszku. Wiem, co roku niby to samo, dla mnie jednak nie to samo. Może dlatego, że z roku na rok patrzę starszymi oczami?

Więc karmie oczy jadąc autobusem do pracy, czy na zajęcia, spacerując po parkach i w lesie, jak tylko uda sie wygospodarować wolny czas. Znoszę do domu jesienne dekoracje.

Oby jak najdłużej jeszcze towarzyszyło nam słońce. Wam i sobie tego życzę!

niedziela, 13 października 2013

łosoś pod kołderką z soli i bazylii

Lubię ryby. Gotowane, smażone, pieczone...


Tym razem podzielę się sposobem na łososia pieczonego w folii.

SKŁADNIKI
  • filety z łososia
  • bazylia świeża
  • ząbek czosnku (wg. uznania)
  • sól morska
  • cytryna
  • oliwa
WYKONANIE
Filety z łososia płuczemy, kroimy na porcje i układamy skórką do dołu na foli aluminiowej w naczyniu żaroodpornym. Folii należy przygotować tyle, żeby można było swobodnie ją potem zawinąć. Umyte i osuszone listki świeżej bazylii miksujemy w młynku lub drobniutko siekamy. Dodajemy do bazylii sól, mieszamy lekko ugniatając i zostawiamy aż bazylia wypuści trochę soku. Soli powinno być sporo — po upieczeniu razem z bazylią utoworzy swojego rodzaju skorupkę, która jednocześnie sprawi, że ryba pozostanie wilgotna. Do papki z bazylii dodajemy wyciśnięty przez praskę ząbek czosnku (jak ktoś nie lubi może ten etap ominąć) i oliwę. Mieszamy. Papka po dodaniu oliwy ma być nadal  dość gęsta — smarujemy nią nie żałując wierzch łososia. Cytrynę obieramy ze skórki i kroimy w plasterki, które układamy na wierzchu. Wszystko zawijamy folią i wkładamy do nagrzanego piekarnika (180°C) na 20-25 minut. Po wyjęciu z piekarnika natychmiast podawać!

Do bazyliowej papki dodaję czasem trochę mielonych orzechów włoskich lub podprażonych ziaren słonecznika.

Smacznego!

środa, 4 września 2013

czytam...

...o Edycie Stein. Właściwie dopiero zaczynam, ale wiem o niej nieco już od jakiegoś czasu. Święta kobieta, kobieta tak bardzo dzisiejsza, kobieta wykształcona, kobieta nauki, kobieta szukająca prawdy, kobieta odważna i bardzo kobieca.

Edyta Stein
źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Edyta_Stein

Dziś trafiłam na to czym według niej jest Krzyż:
  • Krzyż jest drogą do komunii życia z Chrystusem: środkiem do towarzyszenia Chrystusowi na Jego drodze do Getsemani i Kalwarii;
  • Krzyż nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, by osiągnąć pełnię życia. Krzyż otwiera nam drogę do nieba i jest źródłem zmartwychwstania;
  • Krzyż jest pomocą, by otworzyć serce na Boga; cierpienie oczyszcza i oddala to wszystko, co nie jest Bogiem;
  • Krzyż jest jedyną drogą, by znaleźć Boga, ponieważ wprowadza w ciemność wiary i wymaga oddania się w ręcę Boga Niepojętego, ale zawsze wiernego i pełnego miłosierdzia.

Edyta Stein już jako Teresa Benedykta od Krzyża
źródło: http://www.edytastein.org.pl/pl/4-edyta-stein/2-biografia/

Bardzo to jest bliskie mojemu doświadczeniu cierpienia. Cierpienia, które trzeba przyjąć, ale się na nim nie zatrzymywać. Zatrzymanie i zanurzenie w rozpaczy do niczego nie prowadzi. Umniejszanie cierpienia też jest błędem. Jedno i drugie rodzi frustrację i wpadamy w pułapkę cierpiętnictwa, usprawiedliwiania siebie doznawanym cierpieniem lub pogardą dla tych, którzy sobie z cierpieniem nie radzą.

Każdy niesie swój krzyż i nie nam porównywać komu łatwiej a komu lżej. Moje doświadczenie nauczyło mnie dużego szacunku dla drugiego człowieka i jego cierpienia. Krzyże są tak różne: choroba, kalectwo, nałogi własne lub bliskich, bezdomność, bezdzietność, nieustające kłótnie ze współmałżonkiem, bezrobocie, głód, napięte relacje w pracy, przemoc, samotność, śmierć bliskiej osoby, zmęczenie... jedne cierpienia są chwilowe, inne towarzyszą nam latami. Spotykając ludzi w pracy, na ulicy, w urzędach nie wiemy przeważnie jakie zranienia i cierpienia noszą w sobie, a tak łatwo oceniamy, przyklejamy etykiety... jakim prawem? Wiem, że był czas, kiedy trudno było dostrzec uśmiech na mojej twarzy, kiedy żyłam w ogromnym napięciu i nie pamiętałam tego co robiłam 5 minut wcześniej — i wiem że mogło wyglądać to tak jakbym była ponurą bałaganiarą, kiedy nie byłam wstanie wykonać najprostszych obliczeń, kiedy wszystko leciało mi z rąk... a im bardziej się starałam nad tym zapanować, tym było gorzej... musiałam przez to przejść i bardzo jestem wdzięczna za wyrozumiałość ludzi, którzy mi wtedy towarzyszyli... Dziś sama dużo ostrożniej wydaję sądy, choć oczywiście się zdarza :).

Mój krzyż sprawił, że wiele musiałam zweryfikować w swoim życiu, że oczyszczone zostały motywacje, że wyszły na światło dzienne różne moje „chciejstwa”, moje niedostrzeganie ile dobra jest wokół. Dzięki ogromowi cierpienia, który na mnie spadł, mogłam nauczyć się dziękowania i radości z rzeczy małych i zwykłych, takich jak promienie słońca, kwiaty, uśmiech od przechodnia. Krzyż powodował i nadal powoduje wołanie „czemu ja?”, czasem też doświadczenie odrzucenia „zapomniałeś o mnie?” i łaską jest to, że mimo tych pytań można nadal wołać „Wiem, że mnie kochasz i nie opuścisz, nawet jeśli nie czuję Twojej obecności. Tobie oddaję wszystko razem z moim cierpieniem, niespełnionymi marzeniami, bólem, zranieniami, ciałem, osobami bliskimi...”. To jest niezwykłe, ja dzięki cierpieniu stałam się bardziej szczęśliwa... Cierpienie jest zaproszeniem od Pana Boga by zmieniać swoje życie.

Co jest dla mnie wciąż trudne? Cierpienie moich bliskich spowodowane moim cierpieniem, wobec którego są bezradni. Zwłaszcza cierpienie moich Rodziców. Trudno było wytrzymać ich spojrzenia pełne bólu w chwilach najtrudniejszych... Trudno też czasem zaakceptować ich nagłe rady, czasem takie bezsensownie nieporadne... i tylko już wiem, że nie trzeba się o nie złościć, bo wynikają z ich zagubienia w sytuacji bezsilności... Jakoś tak jest, że chyba najtrudniej znosić cierpienie bliskiej osoby, wtedy też często kompletnie nie wiemy jak się zachować, albo mówimy głupoty, albo omijamy niewygodne tematy, mówimy nie płacz, gdy łzy są największym lekarstwem i bać się ich nie trzeba... a ważne jest żeby być, słuchać, żeby nie trzeba było płakać samemu...

wtorek, 3 września 2013

wiśniowo...

Lubię wiśnie. Nie jadam ich garściami, są zbyt kwaśne. Za tę kwaśność je lubię i z powodu tej kwaśności wykorzystuję je do różnych deserów.

Przepadam za clafoutis z wiśniami — w lipcu piekłam je co tydzień według tego przepisu. A całkiem ostatnio zdecydowałam się upiec placek drożdżowy wg. przepisu mojej Mamy. Przepis nadaje się również pod inne owoce: jabłka (pokrojone w cząstki), śliwki, truskawki, morele... szczególnie dobrze sprawdzają się owoce kwaskowate.

Placek drożdżowy z wiśniami

Poniżej dzielę się przepisem na 2 blachy spodu drożdżowego:
SKŁADNIKI
  • 4 jajka
  • 4 1/4 szklanki mąki
  • 5 dag drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 1/3 szklanki cukru
  • 4 łyżki oliwy
  • 2 łyżki margaryny
WYKONANIE
Najpierw szykujemy rozczyn z drożdży, łyżki cukru, szklanki mleka (można lekko podgrzać — ja wlewam mleko do szklanki i na chwilę szklankę zanurzam w ciepłej kąpieli) oraz szklanki mąki. Drożdże rozpuszczamy z cukrem, dodajemy resztę składników rozczynu i mieszamy dokładnie a potem zostawiamy na 15 minut, żeby rozczyn podrósł. Po 15 minutach dodajemy jajka, cukier, szczyptę soli, oliwę i dokładnie mieszamy. Po trochu dodajmy pozostałą mąkę i mieszamy (ja pomagam sobie mikserem). Pod koniec dodajemy margarynę i resztę mąki, mieszamy dokładnie aż do uzyskania jednolitej masy (też można ułatwić sobie tę pracę mikserem). Ciasto zostawiamy na 15 minut do wyrośnięcia, najlepiej w ciepłym miejscu i misce przykrytej czystą ściereczką. W tym czasie szykujemy owoce (myjemy, drylujemy, obieramy, kroimy według potrzeby w zależności od owoców), blachę smarujemy tłuszczem i posypujemy tartą bułką, a piekarnik rozgrzewamy do 50°C. Wyrośnięte ciasto przekładamy na blachę i rozprowadzamy je płasko na blasze, na wierzchu układamy owoce (lekko, nie wciskając w ciasto, bo i tak same trochę opadną). Całość wkładamy do piekarnika i pozwalamy urosnąć ciastu w temperaturze 50°C przez 15 minut. Następnie zwiększamy temperaturę do 150°C i pieczemy 20 do 25 minut. Ciasto powinno zacząć się rumienić a patyczek (np. wykałaczka do szaszłyków) pozostawać suchy po wbiciu do dna i wyciągnięciu. Blachę wyjmujemy i wierzch ciasta posypujemy cukrem pudrem jeszcze lekko ciepły.

Zbliżają się coraz szybciej jesienne wieczory. Te w połączeniu z plackiem drożdżowym i dobrą herbatą nie są takie złe :). Smacznego!!!

wtorek, 20 sierpnia 2013

po DRODZE

W drodze (zdjęcie z 2006 roku, bo w tym nie miałam aparatu ze sobą)

Kilka dni temu wróciłam do domu po 10 dniach marszu:

10 dni drogi po ludzku może trochę bez sensu, z bólem, zmęczeniem, niedospaniem, wysypką (przy tych upałach dopadło mnie uczulenie na opary asfaltu — nogi w czerwonych plamach i rozpalone), pęcherzami na stopach... Dość użalania!!! :)

10 dni upału (trzeba było bardzo uważać, żeby nie doprowadzić do odwodnienia i poparzeń słonecznych) i jedna noc bardzo burzliwa w namiocie (nie boję się burzy, bardzo je lubię, błyskawice i grzmoty wywołują u mnie uśmiech, ale tym razem nawet ja się czułam nieswojo).

10 dni mycia się w małej misce z wodą ze studni (jak u licha zmyć te warstwy kremu z filtrem pomieszanego z potem i kurzem?).

10 dni ciszy i modlitwy śpiewem, słuchania Słowa. 

10 dni przyglądania się swoim słabościom (ach, jak nieraz złoszczą Siostry i Bracia obok, a przecież mam być jak Chrystus) i  nauka pokory (bo trzeba do końca Bogu zaufać i przyjąć, że własnymi siłami tego nie da się przejść).

10 dni poznawania ludzi i ich przeróżnych historii życia.

W 10 dni można na nowo przeżyć całe swoje życie, można je obejrzeć jak pod mikroskopem. Nie byłam na pielgrzymce po raz pierwszy, nawet nie drugi. Za każdym razem jest strach, za każdym razem od nowa trzeba powiedzieć z pełnią zaufania „Panie ty prowadź”, trzeba zapomnieć o sobie i jednocześnie odkryć z Bogiem od nowa. Za każdym razem jest inaczej. Dla mnie to czas, kiedy wszystko wraca na swoje miejsce, kiedy pytania, na które nie było odpowiedzi, je otrzymują. To wracanie do DOMU. Od samej Jasnej Góry ważniejsze jest to, co po drodze — ludzie spotkani, Bracia i Siostry w drodze, Bóg który objawia się w ludziach, pogodzie, roślinach, słowie i we mnie samej.

Jest też po drodze takie miejsce obok Jasnej Góry szczególne dla grupy, w której szłam. To są Gidle, klasztor dominikański i sanktuarium Matki Boskiej Gidlskiej z malutką figurką Matki Boskiej o  niezwykłej historii i słynącej cudami. Od kiedy trafiłam tam po raz pierwszy, chcę tam wracać. Kaplica w Gidlach jakoś bardzo służy przystanięciu, zamyśleniu, zatopieniu w rozmowie z Najwyższym... brzmi banalnie, bo brakuje słów...

Zostawiam jeszcze takie słowa naszej modlitwy z drogi, które bardzo mocno usłyszałam:
Błogosławcie Pana wszystkie Jego dzieła,
które by nie kwitły gdyby nie cierpienie,
błogosławcie Pana
i z księgi Judyty:
Będziemy dziękować Panu Bogu naszemu, który doświadcza nas, tak jak naszych przodków. Przypomnijcie sobie to wszystko, co On uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba. Jak bowiem ich poddał Bóg próbie ogniowej, by doświadczyć ich serce, tak i na nas nie zesłał kary, lecz raczej dla przestrogi karci tych, którzy zbliżają się do Niego. (Jdt. 8, 25-26a. 27)
Dobrego dnia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...